Marcelina Kurek błądziła wzrokiem po kolejnym
sprawozdaniu leżącym na biurku . Fakty , cyfry , słowa , które przypieczętowały los Sandry Małeckiej
, przesuwały się jej przed oczami ,
odsłaniając brutalną prawdę . Chciała podrzeć te kartki na strzępy , niszcząc wraz z nimi chorobę , która zmieni
życie tej małej dziewczynki w piekło . Przeklinała niesprawiedliwy los. Chciało
jej się płakać. Ale ani łzy , ani przekleństwa nie pomogła małej Sandrze .
- Po co ja to robię ?- spytała . Nikt ni odpowiedział ,
ale Marcelina dobrze wiedziała dlaczego to robi . Dlaczego poświęca swój czas
umierającym dzieciom i ich rodzicom . Doskonale wiedziała dla kogo to robi
. Odłożyła papiery i pomyślała , że
dobrze by było odsunąć na bok wszelkie troski . Westchnęła ciężko , wpatrując
się gwieździste niebo . Sandra Małecka umrze . Nie dziś . Nie jutro . Jeśli będzie miała dużo szczęścia może
przeżyć nawet rok lub dwa . Szczęście ?
Kobieta zadrżała . Skuliła ramiona jakby to miało ochronić ją przed zimnem i
skierowała swój wzrok na parking przed
budynkiem łódzkiego szpitala . Czy
przeżycie roku czy dwa miało być szczęściem ? Przecież ta mała istotka miała
przed sobą całe życie . Dlaczego spotkało to właśnie czteroletnią Sandrę , o
brązowych lokach i bursztynowych oczach ? Pogrążona w swoich rozmyśleniach, nie
zauważyła nawet ze zaczął padać deszcz . A już na pewno nie to , że jej zmiana
skończyła się dobre 3 godziny temu .
Przetarła twarz rękoma i chciała już wrócić do biurka by spakować dokumenty do
teczek , gdy nagle coś kazało jej pozostać przy oknie . Spojrzała w stronę
parku . Na tle szarego nieba drzewa wyglądały jak baśniowe potwory . Ale nie to
przyciągnęło jej uwagę : wpatrywała się w mężczyznę który szedł jedną z alejek
.
Szedł pewnym i
wolnym krokiem mimo deszczu . Był przemoczony . Pociemniałe od deszczu włosy
opadły niechlujnie na czoło , wilgotne spodnie i koszula oblepiły jego ciało .
Wyglądał , na kogoś kto się martwi , kto się czegoś obawia . Marcelina
przyjrzała się uważnie mężczyźnie. W
jego ruchach , szerokich ramionach i pochyleniu głowy było coś znajomego
.Podniósł głowę , patrząc w zachmurzone niebo , a wtedy mogła zobaczyć jego rysy twarzy . Serce
dziewczyny zabiło gwałtownie. Podparła ręce na parapecie , oddychając z trudem
.
Bartosz ! Przecież to niemożliwe . Odwróciła się od okna
, jakby ruchem chciała wymazać to co
przed chwilą wiedziała. Zaczęła przechadzać się po biurze , starając się
uspokoić . Przecież Bartosz nie przyjeżdżałby tu , i nie spacerował po deszcz .
A nawet gdyby to był on , to przecież nic ją to nie obchodzi. Zupełnie nie
obchodzi .
Wróciła do domu , z kubkiem różanej herbaty usiadła na
sofie . Przytuliła głowę do oparcia i zaczęła sobie wszystko od nowa
przypominać . Jak pewien człowiek , kochał ją kiedyś …
Warszawski klub „ Miazga” był wypełniony
po brzegi . Tłumu ludzi tańczyło , śpiewało , bawiło się. Przyszła tutaj
świętować urodziny jednego ze swoich znajomych . Znała Zbyszka od małego
dziecka . Razem się wychowali , mieszkali na jednym osiedlu . Z czasem stali
się przyjaciółmi. Droga jaką wybrał Zibi
trochę ich od siebie oddaliła , jednak nadal utrzymywali kontakt .
Siedziała przy
jednym z nielicznych stolików , sącząc po woli swojego drinka .
- Marcyś – gdzieś obok usłyszała wesoły głos przyjaciela
– Chciałem ci przedstawić , chłopków z reprezentacji .Chodź- pociągnął ją w
stronę grupki wysokich chłopaków .
Michała Kubiaka już znała .
Piotrek , Michał ,
Marcin , Grzesiek , Karol , Łukasz , Krzysiek , Kuba i Bartosz .
-Bartosz jestem –
wyciągnął dłoń w jej stronę , podała mu ją
. Głos miał męski , a uścisk dłoni mocny. Trzymał jej rękę cierpliwie i
czekał . Popatrzyła mu głęboko w oczy i poddała się urokowi chwili .
- Mam na imię
Marcelina (…)
Długo rozmawiali , tańczyli , dobrze
czuli się w swoim towarzystwie .
-Jesteś stąd ,
Marcelino – spytał przekrzykując muzykę .
- Stąd – spod
gęstych brwi patrzyły na nią nieskazitelnie błękitne oczy , w których pojawiły
się błyszczące iskierki – Tak oczywiście . Jestem rodowitą warszawianką . A ty
?
-Obecnie mieszkam w
Bełchatowie .
Miał opaloną skórę
. Zarys policzków i podbródka był wyraźny . Delikatne i wrażliwe usta , które
kusiły dziewczynę. Przygryzła wargę i po mimo gorąca , jakie ją ogarnęło , starała się uważnie prowadzić obserwacje
Bartosza Kurka . Był wysoki , dobrze zbudowany . Spokojny , trochę nieśmiały
.Miał na sobie koszulę w kratkę podkreślającą jego oczy , wytarte dżinsy i
czarne trampki (…)
- Powiedz mi
Marcelino co o tym sądzisz ?
Zaskoczona tym
niespodziewanym pytanie , ogarnęła kosmyk opadających włosów i rozejrzała się
dookoła.
-Bardzo
interesujące miejsce .
-Chyba nie często ,
chodzisz do takich miejsc. Nie pasują do ciebie .
-To prawda –
przyznała – Jestem tu na prośbę Zbyszka .
Uśmiechnął się w
taki sposób , że gdyby stała , zmiękłyby jej kolana (..)
W jej dwudzieste urodziny stwierdziła , że osiągnęła już wszystko . Zdobyła mężczyznę,którego kochała . Patrząc wraz z nim na zachodzące słońce , nie przypuszczała
,że nim minie rok , duma zniszczy cały jej świat i miłość …
Zdenerwowana
czekała na swojego męża w ich mieszkaniu . Była zła , cholernie zła . W ręce
trzymała granatową teczkę .
- Kochanie jestem
–wesoły głos Bartosza rozniósł się po
pomieszczeniu .
- Czemu mi nie
powiedziałeś ! - w jej głosie dało się wyczuć złość – Mieliśmy być ze sobą
szczerzy. Pamiętasz ? Mieliśmy sobie ufać !- była bliska płaczu . Bartosz
westchnął głośno , przytulając żonę do piersi .
-Przepraszam
Skarbie . Ale musiałem podjąć decyzję . Chciałem ci powiedzieć , ale nie było
odpowiedniej chwili – głaskał ją delikatnie po włosach .
- Ile ?- odsunęła
się do niego
- Dwa lata – prawie
że wyszeptał – Znalazłem już mieszkanie , o wiele większe niż to . W ładnej
okolicy. Spodoba ci się , zobaczysz . A i ja będę mógł zdobyć większe
doświadczenie , czegoś się nauczyć .
-Dla nas ? Jeśli
wyjedziesz to beze mnie Bartosz ! Nie zamieszkam w obcym kraju .
- Obiecałaś mi ….
- Wiem .- szepnęła
– Ale miałeś być szczery , to kolejny raz kiedy coś ukrywasz , a potem
pstrykasz palcami , a ja mam się podporządkować . Nie ma mowy …. –pokręciła
głową , czując pod powiekami słone krople łez .
- Nic cie nie
przekona? – spytał
-Nie . Widać
bardziej się różnimy , niż sądziłam . Mój ojciec miał rację – dodała- Jesteś
egoistą Bartosz. Cholernym egoistą . Liczy się dla ciebie tylko ta pieprzona
siatkówka , a ja…
- Tak twój ojciec
zawsze ma rację – zironizował – Zajmiesz się wszystkim ?
- Rozwodem? – łzy
spłynęły jej po policzkach .
-Jeśli tego chcesz
Marcelino .
-Dopilnuje
wszystkie .Postaram się , żebyś odzyskał wolność jak najszybciej .-powiedziała
spokojnie –Wychodzę . Zostań i spakuj rzeczy.
Kolejne dni
spędziła na przekonywaniu samej siebie , że to nie Bartosza widziała wtedy w
parku . Przez następny tydzień tłumaczyła sobie , że to wyobraźnia spłatała jej
figla. Po dwóch tygodniach , kiedy już się uspokoiła , wychodząc wieczorem ze
szpitala , ujrzała Kurka czekającego na nią na parkingu.
_________________________________________________________
Opowiadanie nie ma określonego czasu ,w późniejszych odcinkach siatkarska
przeszłość Bartosza jest czystą fikcją. Będzie 11 postów xd . Ze statystyk wynika
, że ktoś tu zagląda , więc miło mi będzie kiedy pojawią się jakieś opinie . W spamie
możecie zostawiać swoje opowiadania .
Trzymajcie sie ciepło do następnego wtorku .
![]() |
| #GoSKRA |

Koniec w takim momencie? ;(
OdpowiedzUsuńNo nic, pozostało mi czekać do wtorku :D