wtorek, 2 grudnia 2014

Jeden

  Marcelina Kurek błądziła wzrokiem po kolejnym sprawozdaniu leżącym na biurku . Fakty , cyfry , słowa  , które przypieczętowały los Sandry Małeckiej , przesuwały  się jej przed oczami , odsłaniając brutalną prawdę . Chciała podrzeć te kartki na strzępy ,  niszcząc wraz z nimi chorobę , która zmieni życie tej małej dziewczynki w piekło . Przeklinała niesprawiedliwy los. Chciało jej się płakać. Ale ani łzy , ani przekleństwa nie pomogła małej Sandrze .
- Po co ja to robię ?- spytała . Nikt ni odpowiedział , ale Marcelina dobrze wiedziała dlaczego to robi . Dlaczego poświęca swój czas umierającym dzieciom i ich rodzicom . Doskonale wiedziała dla kogo to robi .  Odłożyła papiery i pomyślała , że dobrze by było odsunąć na bok wszelkie troski . Westchnęła ciężko , wpatrując się gwieździste niebo . Sandra Małecka umrze . Nie dziś . Nie jutro .  Jeśli będzie miała dużo szczęścia może przeżyć nawet rok lub dwa .  Szczęście ? Kobieta zadrżała . Skuliła ramiona jakby to miało ochronić ją przed zimnem i skierowała swój wzrok  na parking przed budynkiem łódzkiego  szpitala . Czy przeżycie roku czy dwa miało być szczęściem ? Przecież ta mała istotka miała przed sobą całe życie . Dlaczego spotkało to właśnie czteroletnią Sandrę , o brązowych lokach i bursztynowych oczach ? Pogrążona w swoich rozmyśleniach, nie zauważyła nawet ze zaczął padać deszcz . A już na pewno nie to , że jej zmiana skończyła się  dobre 3 godziny temu . Przetarła twarz rękoma i chciała już wrócić do biurka by spakować dokumenty do teczek , gdy nagle coś kazało jej pozostać przy oknie . Spojrzała w stronę parku . Na tle szarego nieba drzewa wyglądały jak baśniowe potwory . Ale nie to przyciągnęło jej uwagę : wpatrywała się w mężczyznę który szedł jedną z alejek .
    Szedł pewnym i wolnym krokiem mimo deszczu . Był przemoczony . Pociemniałe od deszczu włosy opadły niechlujnie na czoło , wilgotne spodnie i koszula oblepiły jego ciało . Wyglądał , na kogoś kto się martwi , kto się czegoś obawia . Marcelina przyjrzała się uważnie  mężczyźnie. W jego ruchach , szerokich ramionach i pochyleniu głowy było coś znajomego .Podniósł głowę , patrząc w zachmurzone niebo , a  wtedy mogła zobaczyć jego rysy twarzy . Serce dziewczyny zabiło gwałtownie. Podparła ręce na parapecie , oddychając z trudem .
Bartosz ! Przecież to niemożliwe . Odwróciła się od okna , jakby ruchem chciała wymazać  to co przed chwilą wiedziała. Zaczęła przechadzać się po biurze , starając się uspokoić . Przecież Bartosz nie przyjeżdżałby tu , i nie spacerował po deszcz . A nawet gdyby to był on , to przecież nic ją to nie obchodzi. Zupełnie nie obchodzi .

Wróciła do domu , z kubkiem różanej herbaty usiadła na sofie . Przytuliła głowę do oparcia i zaczęła sobie wszystko od nowa przypominać . Jak pewien człowiek , kochał ją kiedyś …

      Warszawski klub „ Miazga” był wypełniony po brzegi . Tłumu ludzi tańczyło , śpiewało , bawiło się. Przyszła tutaj świętować urodziny jednego ze swoich znajomych . Znała Zbyszka od małego dziecka . Razem się wychowali , mieszkali na jednym osiedlu . Z czasem stali się przyjaciółmi.  Droga jaką wybrał Zibi trochę ich od siebie oddaliła , jednak nadal utrzymywali kontakt .
Siedziała przy jednym z nielicznych stolików , sącząc po woli swojego drinka .
- Marcyś –  gdzieś obok usłyszała wesoły głos przyjaciela – Chciałem ci przedstawić , chłopków z reprezentacji .Chodź- pociągnął ją w stronę grupki  wysokich chłopaków . Michała Kubiaka już znała .
Piotrek , Michał , Marcin , Grzesiek , Karol , Łukasz , Krzysiek , Kuba i Bartosz .
-Bartosz jestem – wyciągnął dłoń w jej stronę , podała mu ją  . Głos miał męski , a uścisk dłoni mocny. Trzymał jej rękę cierpliwie i czekał . Popatrzyła mu głęboko w oczy i poddała się urokowi chwili .
- Mam na imię Marcelina (…)
      Długo rozmawiali , tańczyli , dobrze czuli się w swoim towarzystwie .
-Jesteś stąd , Marcelino – spytał przekrzykując muzykę .
- Stąd – spod gęstych brwi patrzyły na nią nieskazitelnie błękitne oczy , w których pojawiły się błyszczące iskierki – Tak oczywiście . Jestem rodowitą warszawianką . A ty ?
-Obecnie mieszkam w Bełchatowie .
Miał opaloną skórę . Zarys policzków i podbródka był wyraźny . Delikatne i wrażliwe usta , które kusiły dziewczynę. Przygryzła wargę i po mimo gorąca , jakie ją ogarnęło  , starała się uważnie prowadzić obserwacje Bartosza Kurka . Był wysoki , dobrze zbudowany . Spokojny , trochę nieśmiały .Miał na sobie koszulę w kratkę podkreślającą jego oczy , wytarte dżinsy i czarne trampki (…)
- Powiedz mi Marcelino co o tym sądzisz ?
Zaskoczona tym niespodziewanym pytanie , ogarnęła kosmyk opadających włosów i rozejrzała się dookoła.
-Bardzo interesujące miejsce .
-Chyba nie często , chodzisz do takich miejsc. Nie pasują do ciebie .
-To prawda – przyznała – Jestem tu na prośbę Zbyszka .
Uśmiechnął się w taki sposób , że gdyby stała , zmiękłyby jej kolana (..)

W jej dwudzieste urodziny stwierdziła , że  osiągnęła już wszystko . Zdobyła mężczyznę,którego kochała . Patrząc wraz z nim na zachodzące słońce , nie przypuszczała ,że nim minie rok , duma zniszczy cały jej świat i miłość …

Zdenerwowana czekała na swojego męża w ich mieszkaniu . Była zła , cholernie zła . W ręce trzymała granatową teczkę .
- Kochanie jestem –wesoły głos Bartosza rozniósł się po  pomieszczeniu .
- Czemu mi nie powiedziałeś ! - w jej głosie dało się wyczuć złość – Mieliśmy być ze sobą szczerzy. Pamiętasz ? Mieliśmy sobie ufać !- była bliska płaczu . Bartosz westchnął głośno , przytulając żonę do piersi .
-Przepraszam Skarbie . Ale musiałem podjąć decyzję . Chciałem ci powiedzieć , ale nie było odpowiedniej chwili – głaskał ją delikatnie po włosach .
- Ile ?- odsunęła się do niego
- Dwa lata – prawie że wyszeptał – Znalazłem już mieszkanie , o wiele większe niż to . W ładnej okolicy. Spodoba ci się , zobaczysz . A i ja będę mógł zdobyć większe doświadczenie , czegoś się nauczyć .
-Dla nas ? Jeśli wyjedziesz to beze mnie Bartosz ! Nie zamieszkam w obcym kraju .
- Obiecałaś mi ….
- Wiem .- szepnęła – Ale miałeś być szczery , to kolejny raz kiedy coś ukrywasz , a potem pstrykasz palcami , a ja mam się podporządkować . Nie ma mowy …. –pokręciła głową , czując pod powiekami słone krople łez .
- Nic cie nie przekona? – spytał
-Nie . Widać bardziej się różnimy , niż sądziłam . Mój ojciec miał rację – dodała- Jesteś egoistą Bartosz. Cholernym egoistą . Liczy się dla ciebie tylko ta pieprzona siatkówka , a ja…
- Tak twój ojciec zawsze ma rację – zironizował – Zajmiesz się wszystkim ?
- Rozwodem? – łzy spłynęły jej po policzkach .
-Jeśli tego chcesz Marcelino .
-Dopilnuje wszystkie .Postaram się , żebyś odzyskał wolność jak najszybciej .-powiedziała spokojnie –Wychodzę . Zostań i spakuj rzeczy.


Kolejne  dni spędziła na przekonywaniu samej siebie , że to nie Bartosza widziała wtedy w parku . Przez następny tydzień tłumaczyła sobie , że to wyobraźnia spłatała jej figla. Po dwóch tygodniach , kiedy już się uspokoiła , wychodząc wieczorem ze szpitala , ujrzała Kurka czekającego na nią na parkingu.

_________________________________________________________
Opowiadanie nie ma określonego czasu ,w  późniejszych odcinkach siatkarska
 przeszłość Bartosza jest czystą fikcją. Będzie 11 postów xd . Ze statystyk wynika
 , że ktoś tu zagląda , więc miło mi będzie kiedy pojawią się jakieś opinie . W spamie 
możecie zostawiać swoje opowiadania . 
Trzymajcie sie ciepło do następnego wtorku .

#GoSKRA

1 komentarz:

  1. Koniec w takim momencie? ;(
    No nic, pozostało mi czekać do wtorku :D

    OdpowiedzUsuń